Archiwum marzec 2015


mar 27 2015 (Bez)Produktywny dzień
Komentarze: 0
 Bezproduktywny dzień jest tym bardziej nużący, kiedy zaplanowałaś sobie mnóstwo czynności i jeszcze poprzedniego dnia wmawiałaś sobie, że od samego rana będziesz wykazywać niesamowitą mobilizację. Otóż nie. Obudziło mnie słońce niemiłosiernie bijące po oczach oraz związany z nagrzanym pokojem zaduch. Gdy chciałam wpuścić trochę świeżego powietrza do pokoju i pójść spać zorientowałam się, że pisklęta gołębi są jednak nieznośnie upierdliwe i wcale nie przyzwyczaiłam się do wrednego gruchania ich matki i jej ziomków. Być może odczułam to wyraźniej, gdyż wczoraj przechyliłam 3 butelki piwa. No dobra 2, ostatnie było w puszcze.. Niewyspana i zirytowana poszłam spać do pokoju współlokatorki, gdyż to ja mam zawsze takie szczęście trafiać na pokój od wschodu. Niespokojnie drzemałam tak około 2 godzin, po czym wstałam zjeść taką ilość jedzenia, że moja aplikacja dietetyczna spojrzała się na mnie z wyrzutem (serio). A skoro już wstałam, zjadłam śniadanie (przy okazji obiad i podwieczorek) wypiłam kawę (albo 3), to stwierdziłam że czas na mój mega produktywny dzień. Nie czułam się na siłach wertować zbiór zadań Pazdro więc stwierdziłam, że obejrzę "Tango" Mrożka, co z pewnością da mi dodatkowe punkty na maturze zbliżającej się zbyt dużymi krokami. Niespokojnie przeleżałam 46 minut nie będąc ani skupioną na spektaklu, ani odsypiając stosunkowo późny powrót do domu. Potem nadeszła lekka motywacja, wsiadłam na rower stacjonarny i przejeździłam godzinę. Nawet chwyciłam w ręce zadania z chemii i poświeciłam się ich rozwiązywaniu, ale pech chciał, że wróciła moja współlokatorka i poczułam moralny obowiązek dotrzymania jej towarzystwa przy szykowaniu się do wyjazdu do domu. Potem stoczyłam się po równi pochyłej, stwierdziłam że pomalowanie paznokci na wieczór jest bardzo ważne no i oczywiście nie mogę pisać nie uszkadzając granatowego lakieru, więc włączyłam odcinek Przyjaciół. Z jednego zrobiły się 3, a potem zamiast poczytać lekturę, chwyciłam jedną z tych babskich książek, gdzie bohaterka nie ma pracy ani faceta, jest niezdarą i upija się zbyt często, a potem spotyka księcia, odnosi sukces i jest mistrzem kontroli nad własnym życiem (ta, jasne). I oto jestem przy laptopie, zamiast kuć do egzaminów, słucham Birdy i piszę notkę, której i tak nikt nie przeczyta. A jeśli ktokolwiek się tutaj zbłąka, to życzę miłej lektury. 
 Wybieram się dziś ze znajomymi z branży (nazywamy tak środowisko lgtb) do jedynego w całym moim brzydkim województwie klubu dla mniejszości seksualnych. Jesteśmy stałymi gośćmi i choć dzisiaj mam większą ochotę na litr (ewentualnie 2, ciastka zbożowe i Snickersa) i Przyjaciół, to prawdopodobnie za 2 godziny będę biegała po mieszkaniu kompletując na szybko zawartość torebki, a koło godziny 3 wracając do domu stwierdzę, że moje fundusze faktycznie mogłam przeznaczyć na siedzenie na dupie i tycie. Tutaj muszę nadmienić, że niezwykle ważne dla mnie jest być w formie i prawdopodobnie wychodzę z domu w piątki, tylko po to aby uniknąć pokus, których będę żałować kolejnego dnia. Wracając do tematu, muszę się pochwalić KA moim nowym płaszczykiem, torebką i koszulą (3 dni temu dostałam przelew i boję się momentu, w którym będę musiała zmierzyć się z tym ile zostało na koncie). Cóż, jeśli będzie nudno, to po prostu wrócę do domu, ewentualnie pojadę na rundkę do baru. Podświadomie jednak wierzę naiwnie, że będę się świetnie bawić i nie odwale jakiejś komicznej (dla mnie dopiero z perspektywy czasu) głupoty. See U :*